2017-11-20
  Babcia Nastka

  • Na Anastazję w domu od dziecka mówili „Nastka". I tak zostało do tej pory. Urodziła się w 1917 roku w Oszczowie koło Dołhobyczowa.


    Oszczów przed wojną był wsią polsko-ukraińską. Katolicy mieli kościół, prawosławni dwie cerkwie (jedną w 1938 r. rozebrano z rozkazu władz). Był też w Oszczowie ładny dwór należący do Kiełczewskich. Wieś należała do bogatych. Polacy i Ukraińcy kłaniali się sobie. Większych konfliktów nie było. Kiedy wybuchła wojna ludzie zaczęli spoglądać na siebie „spode łba". Potem było coraz gorzej. Dookoła Oszczowa coraz częściej płonęły wsie. Z Wołynia zaczęli zjeżdżać uciekinierzy przynosząc wieści o wymordowanych przez UPA całych rodzinach i wsiach. Ludzie zaczęli się bać.
    Wiosną 1944 roku sołtys wioski zwołał zebranie w domu ludowym. Ponoć, aby omówić zasady współżycia obu narodów i uniknięcia wzajemnych walk. Ukraińcy uprzedzili księdza, aby nie wybierał się na zebranie. Ksiądz został więc u siebie. Na zebranie poszedł natomiast Jan Dunajczuk ojciec pani Anastazji. Szedł spóźniony, bo nie wyrobi się z robotą.
    - Dunajczuk pozwólcie do mnie - zatrzymał go ksiądz.
    - Na zebranie się śpieszę. Wstąpię potem - odpowiedział Dunajczuk
    - Chodź teraz - powiedział tonem nieznoszącym sprzeciwu ksiądz.
    O czym rozmawiali i jak długo pani Anastazja nie wie. W każdym bądź razie w tym czasie do wioski przyjechała sotnia UPA. Wtargnęli z bronią do domu ludowego. Ukraińskich mieszkańców wsi wypuścili, Polaków rozstrzelali. Zginęło 12 osób, cztery zostały ranne. Zabitych pochowano w kurhanie, tym samym w których niegdyś pochowano powstańców styczniowych.
    Polacy, którzy nie stawiali się na zebranie jeszcze tego samego dnia zaczęli pośpiesznie opuszczać wieś. Uciekali do oddalonych o kilka kilometrów na zachód Horoszczyc. W tej wiosce mieszkało większość Polaków. Inni uciekali jeszcze dalej. Kto nie zdążył zginął. Upowcy przyszli bowiem do wioski jeszcze tej samej nocy.
    - I czy to nie cud, że ojciec przeżył. Jak tu Bogu nie dziękować - mówi 97 letnia Anastazja Leńczyk z kolonii Klątwy, koło Tyszowiec. Mimo swego podeszłego wieku, co niedzielę stara się być na mszy świętej w kościele. Mówi, że to modlitwa trzyma ją przy zdrowiu.


    Mój Walery
    Na Anastazję w domu od dziecka mówili „Nastka". I tak zostało do tej pory. Urodziła się w 1917 roku w Oszczowie koło Dołhobyczowa. Ojciec Jan był stolarzem. Robił meble, budował chłopom stodoły, obórki i domy. Mama Katarzyna z domu Halej zajmowała się prowadzeniem domu i wychowywaniem dzieci. W domu było ich pięcioro. Oprócz niej siostry Helena, Genowefa, Janina oraz brat Zygmunt
    - Ukraińcy go zabili. Jakże matka wtedy płakała - mówi pani Anastazja.
    Opowiada, że ojciec trzymał córki krótko. Był opiekuńczy, ale i stanowczy. Kiedy jej najstarsza siostra chciała się wyjść za mąż kawalera z sąsiedniej miejscowości, ojciec nie zgodził się na takiego zięcia. Posłuchała go. Znalazła sobie innego.
    - Twardą ręką nas trzymał - mówi pani Anastazja.

    ”

     

    Swego męża Walerka poznała koło kościoła w Oszczowie. Jak co niedzielę w czasie adwentu po roratach spotykała się z koleżankami. Plotkowali i żartowali pod płotem kościoła.
    - On wracał od swojej dziewczyny z Żabcza. Przystanął koło nas i zaczął żartować: „Jakie tutaj ładne dziewczyny, jak tu jest pięknie, tylko się żenić i tu mieszkać". Miałem kolegę, siedział koło nas i powiedział: „To żeń się z Nastką". I ten Walery chciał się ze mną żenić - opowiada pani Anastazja.
    Przestał przychodzić do Żabcza zaczął przychodzić do Oszczowa. Mieszkał trzy wioski dalej w Mianowicach (dziś na Ukrainie), sporej wsi, która przed wojną była siedzibą gminy. Jego rodzice jako koloniści sprowadzili się tam z okolic Łańcuta. Takich kolonistów jak oni nazywano tutaj „mazurami". Walerian spodobał się jej ojcu. Był pracowity, grzeczny, zawsze wracał do domu przed zachodem słońca. Niektórzy śmieli się, że Nastka za „mazura chce się wydać".
    - Ta jego dziewczyna przychodziła do mnie i płakała, abym jej chłopaka oddała. Przychodziła z płaczem jej matka i prosiła abym Walerka przegnała od siebie. Mówiłam, że go na siłę nie trzymam. Jak nie chce niech do niej idzie. Nie chciał. Pobraliśmy się w październiku 1939 roku. Dobrze nam było. Takiego męża jak on ze świecą szukać. Dobry był, a jaki pracowity - mówi pani Anastazja. Walery zmarł w 1999 roku.


    Worek cebuli
    Po ślubie zamieszali zamieszkali w Mianowicach, przy jego rodzicach, jak to się wtedy mówiło. Teściowie odstąpili im jeden z pokoi w nowo wybudowanym domu. Rok po ślubie urodził im się syn.
    - Kiedy chrzciliśmy go ksiądz zapytał jak dziecku damy na imię. Przed wojną pracowałam jako pomoc u nauczyciela w Dołhobyczowie. On miał syna Lesława. Podobało mi się to imię. Ksiądz powiedział: „Takiego świętego nie ma. Dajcie mu inne imię". Uparta byłam. Powiedziałam, że takie imię mi się podoba. Ksiądz upierał się przy swoim. Mój ojciec popatrzył na figurkę świętego Antoniego, która stała w kościele i powiedział: „To dajcie mu Antoni". Takie imię daliśmy mu na chrzcie, ale i tak wołałam na niego Lesio - mówi pani Anastazja (Antoni Lesław zmarł w 2013 roku).
    Żyli skromnie, ale zgodnie. Nastka zaczęła chodzić na handel do Sokala, 15 kilometrów w jedną stronę. Tam nosiła masło, mleko, wódkę. Z powrotem naftę i sól, które sprzedawała z zyskiem na targu w Dołhobyczowie.
    Widziała zagładę Żydów. Pamięta jak Niemcy ze śmiechem pędzili do Sokala brodatych, nędznie wyglądających Żydów. Kazali im przy tym śpiewać: „A nasz Hitler złoty nauczył nas roboty, a Śmigły Rydz nie nauczył nas nic". Żydzi ledwo powłóczyli nogami, ale śpiewać musieli głośno.
    Znajomi namówili ją, aby zaczęła jeździć na handel także do Lwowa. Do Sokala szła na piechotę, tam wsiadała w pociąg. Wysiadała dla bezpieczeństwa na Podzamczu kilka kilometrów od centrum Lwowa. Początkowo woziła towar w kobiałce, potem także w dużym worku do którego razem z towarem wkładała dla niepoznaki cebulę. Któregoś razu nie wysiadła na Podzamczu, ale pojechała do samego Lwowa. Wpadła wprost w łapy żandarmów.
    - Wzięli mnie na rewizję. Pytają się, co mam w worku. A ja w tej cebuli wiozłam wódkę. Strach mnie obleciał. Powiedziałam jednak twardo, że wiozę cebulę w podarunku dla kobiety, która opiekuje się moją chorą córką w szpitalu. Zapytałam czy mam mu to wysypać. Powiedział, że nie. Puścił mnie. Z koszałki zabrał sobie jedynie parę garści cukru - wspomina pani Anastazja.
    Jej zajęcie nie umknęło uwadze mieszkańców wioski. Któregoś razu do ich domu przyszedł ukraiński rewizor. Anastazja Leńczyk bojąc się aresztowania dała mu wszystkie oszczędności. Kiedy jednak dowiedziała się, że ten Ukrainiec jest narzeczonym córki sołtysa i za jej pieniądze kupuje chłopom wódkę odważyła się jeszcze tej samej nocy pójść do ukraińskiego sołtysa i powiedzieć mu o wszystkim. Sołtys Ukrainiec zachował się honorowo. Zrugał przyszłego zięcia i oddał wszystkie pieniądze.


    ”

     

    Potem w 1944 r. w Mianowicach zrobiło się dla Polaków niebezpiecznie. Aż któregoś dnia życzliwi im Ukraińcy powiedzieli: „Uciekajcie dziś, albo skończycie w studni" Wzięli na postronek krowę żywicielkę, w tobołki zapakowali niewielką cześć dorobku życia i ruszyli na wielomiesięczną poniewierkę. Trochę pobyli w Oszczowie, potem pojechali do Husowa, koło Łańcuta skąd pochodziła rodzina męża. Biedowali. Nie było nawet z czego chleba upiec. Tam zastał ich koniec wojny. Postanowili wracać w rodzinne strony. Do Mianowic nie było po co jechać. Także w zniszczonym Oszczowie nie było dla nich miejscach. Nadto wciąż tam było niebezpiecznie. Na parę miesięcy zatrzymali się w kolonii Czartowiec.
    Potem pojawiła się szansa objęcia pięciohektarowego poukraińskiego gospodarstwa w kolonii Klątwy. Skorzystali z szansy. Pierwsze powojenne plony były naprawdę obfite. Zarobili trochę groszy. Zasadzili groch, kupili konia, krowę. Dorabiali się. W 1948 roku urodziło się im się drugie dziecko. Córka Krystyna.
    - I tak szło to życie - wzdycha pani Anastazja.
    W latach 70 o mały włos nie zginęła. Autobus, którym jechała do pracy w cukrowni w Werbkowicach uderzył w ciężarówkę. Kierowca autobusu był pijany. Trafiła do szpitala z połamaną miednicą, uszkodzonym kręgosłupem. Lekarze nie dawali jej szans. Modliła się. Wyzdrowiała
    - Opaczność nade mną czuwa - mówi po raz kolejny babcia Nastka, bo tak o niej mówią wszyscy domownicy.


    ”


    4 listopada 2017 r. „babcia Nastka" obchodziła setne urodziny. Przybyły władze gminy, powiatu, KRUS. Były gratulacje i życzenia. Był też tort czekoladowy. Pani Anastazja doczekała się 5 wnuków, 9 prawnuków i 3 praprawnuków.

    ©Robert Horbaczewski